Dlaczego warto inwestować w obrazy dla dzieci (i nie tylko)

Powieśmy cokolwiek, dziecko jest małe, to mu wszystko jedno” – Znamy? Znamy, powtarzamy. I popełniamy ogromny błąd!

Przykłady rodzicielskich mądrości można mnożyć: „dziecko nie zwraca uwagi na wystrój”, „wydawanie pieniędzy na dekoracje to wyrzucanie pieniędzy w błoto”, „przecież ono nawet tego nie widzi”, „obrazek z marketu za 5 zł wystarczy”. Trudno się dziwić takiemu podejściu, w końcu większość z nas została wychowana na racjonalnych, oszczędnych i praktycznych ludzi. Nauczona, że dzieci to i owszem, lubią sobie porysować kiedy są małe, ale potem to już tylko strata czasu i marnacja papieru, a nie daj boże jeszcze mi coś kredkami czy farbami w domu ubabrzą – zgroza! Plastyka w szkole? Strata czasu. Nikomu nigdy się do niczego nie przyda. Muzyka to prędzej – każdy jej słucha, łagodzi obyczaje, ale plastyka? TEGO SIĘ NIE UŻYWA.

Już spieszę ze sprostowaniem. Używa się, i to bardzo często, tyle może nie w aż tak bezpośredniej formie. Trudno przecież, żebyśmy wszyscy w czasie wolnym malowali obrazy na łące. Ale wystarczy wymienić zawody, które mają do czynienia z bryła, formą, kolorem, szeroko pojętym projektowaniem i estetyką wizualną i optyka zmienia się o 180 stopni. Architekci, projektanci zieleni, mebli, wnętrz, scenografii, odzieży, obuwia, biżuterii, grafiki zewnętrznej (bilbordów, witryn, reklam), opakowań i etykiet, graficy komputerowi, projektanci i ilustratorzy książek i prasy, fotografowie, operatorzy kamery tworzący filmy i teledyski, kostiumolodzy, charakteryzatorzy, wizażyści… To są poważne – i poważane! – profesje, których adepci kształtują otaczającą nas rzeczywistość, od tej najintymniejszej, domowej, poczynając. Skoro ważny jest dla nas nasz wygląd, wygląd naszego mieszkania, naszych miast, tym ważniejszym powinno być rzetelne kształcenie osób, które mają nań bezpośredni wpływ. A to, jak każda nauka, zaczyna się wiadomo gdzie – w domu.

Puszczanie szkrabowi w kółko nagrań Bacha nie gwarantuje wychowania melomana; tak samo obwieszenie całego domu reprodukcjami mistrzów niekoniecznie da rodzicom drugiego Sasnala. Czy nie o to chodzi jednak w całym wychowaniu: o pokazywanie, modelowanie, otwieranie drzwi i stwarzanie szans? Odwróćmy sytuację i zastanówmy się, jakie jest prawdopodobieństwo, że dziecko, w którego domu rodzinnym słucha się disco polo, a ściany i regały świecą pustką, samodzielnie wykształci w sobie jakąkolwiek wrażliwość estetyczną. Raczej niskie. Przecież z tym się nie rodzi. Chcemy odpowiedniego poziomu, zajmijmy się więc edukacją, również wizualną!

Przykład z disco polo może być drastyczny czy kontrowersyjny, weźmy więc na tapetę tzw. średnią krajową. Dom urządzony skromnie, ale gustownie. Podobnie do znajomych i sąsiadów, bo podobne skandynawskie źródło zaopatrzenia, to i meble i dodatki te same. Obrazki też, bo cóż – trzeba im to oddać – modne i ładne. Dzieci mają czytać, to czytają – w kiosku zawsze można nabyć jakieś wierszyki z ilustracjami wykonanymi na komputerze w 30 min max (bo termin goni, a wydawca mało wymaga i mało płaci) przez samozwańczego grafika. Ot, polskie realia. Kokosów nie zarabiamy, na dizajn z górnej półki mało kogo stać. Przynajmniej nie jesteśmy snobami. Niestety, ilość w jakość nie przechodzi, a szablonowe myślenie wtłacza w szablony do końca życia. Czy tego chcemy dla naszych pociech?

Oryginalność nie musi być droga. Każdy architekt wnętrz czy stylista zna ten prosty trik: nie stać cię na luksusową bazę, to zainwestuj w niesztampowe dodatki. W domu doskonale rolę tę spełnią tekstylia (jeśli ktoś nie ma z tym problemu, to mogą być nawet z lumpeksu), które łatwo się uzupełnia czy wymienia dla odświeżenia efektu, oraz dekoracje. Zdjęcia tworzą przytulny, intymny klimat, za to obrazy i obrazki dopowiadają to, co tkwi głębiej, i nadają wnętrzu CHARAKTER. Mówią o właścicielu więcej niż tysiąc zdjęć, a jednocześnie mają własną historię: zachęcają do analizy i dialogu, uczą skupienia na szczególe. Oczywiście nie będą kosztować tyle, co wydruk, ale też są bardziej osobiste i nie znudzą się tak szybko, a wisieć mogą całe lata, przeżywszy 3 kanapy i 5 remontów. Będąc przedmiotem unikatowym, zaspokajają potrzebę wyjątkowości, która tkwi w każdym z nas. Ten obraz jest mój, i tylko mój. Jest moim świadkiem, kompanem i przypadkowym podglądaczem. Nie znajdę go NIGDY u NIKOGO innego.

Znacie to uczucie zawodu i zażenowania, gdy daleka kuzynka ma na sobie identyczną sukienkę co ja na rodzinnym weselu? „A już myślałam, że to ja wyglądam w niej najlepiej na świecie…” „Czy oni naprawdę sprzedają to samo w każdym sklepie??” Dzieci na szczęście nie zwracają wielkiej uwagi na oryginalność ubrań, ale już do wychwytywania szczegółów i podobieństw mają sokole oko. Od razu zauważą, że ten czy tamta ma „moje skarpetki”, „moją poduszkę” czy „paznokcie mojej mamy” (wszystkie przykłady z życia 🙂 ) Czego ich to uczy? Że w gruncie rzeczy nie mamy nic własnego. Jesteśmy tylko kalkami kalek, lustrzanymi odbiciami, marionetkami w rękach specjalistów od sprzedaży i marketingu. Pokażmy im coś innego. Podarujmy im ich własny, piękny obrazek. Niech zostanie z nimi na lata, uczy je wrażliwości i przypomina im, że mają swoją własną osobowość.